Gdy w andaluzyjskim powietrzu unosi się duch futbolu, nawet giganci potrafią zgubić oddech. FC Barcelona została tej nocy zmielona przez andaluzyjską falę pasji, kontr i bezczelnej odwagi. Sevilla wygrała 4:1, a wynik mówi mniej niż obraz gry.
Już w 13. minucie gospodarze wzięli sprawy w swoje ręce. Isaac Romero padł w polu karnym po kontakcie z Ronaldem Araújo, sędzia po krótkiej analizie VAR-u wskazał na wapno. Alexis Sánchez, człowiek, który wygląda, jakby grał z czasem w szachy, podszedł do piłki i uderzył spokojnie, pewnie, nisko przy słupku. 1:0. Sevilla prowadziła i czuła krew.
FC Barcelona próbowała reagować, ale jej ruchy były ciężkie, jakby piłka miała w sobie kilogram ołowiu. Marcus Rashford błysnął w pojedynczych momentach, lecz defensywa Sevilli czytała jego zwody jak stary tom literatury. W 36. minucie przyszło kolejne uderzenie. Rubén Vargas ruszył skrzydłem, podał, a Isaac Romero wbił piłkę do siatki z chirurgiczną precyzją. 2:0. Stadion eksplodował.
Tuż przed przerwą Barcelona przypomniała sobie, kim bywała we wcześniejszych meczach. Pedri, wciąż najbardziej poetycki z ich pomocników, posłał genialne podanie, a Rashford, tym razem skuteczny, huknął w okienko. 2:1. Na moment wydawało się, że wracają. Że duma katalońska jeszcze tli się pod warstwą frustracji.
Druga połowa: niewykorzystany moment prawdy
Po przerwie Katalończycy weszli odważniej. Dani Olmo, Pedri, Lewandowski – wszystko zaczęło krążyć wokół pola karnego Sevilli. W 73. minucie Alejandro Balde wywalczył rzut karny po faulu Januzaja. Idealna szansa. „Lewy” podszedł do piłki. Cisza. Strzał… i pudło. Piłka przeszła obok słupka, a trybuny Pizjuánu ryknęły z dziką radością.
Dla polskich kibiców to moment bólu. Dla Sevilli, moment, w którym uwierzyli, że ta noc należy do nich.
Barcelona jeszcze próbowała, ale każdy atak kończył się w rękach Vlachodimosa, bramkarza, który dziś grał jak ściana z marmuru. W 90. minucie José Ángel Carmona wyszedł z kontrą i trafił na 3:1. W doliczonym czasie, gdy Barça już tylko chodziła po boisku, Akor Adams po asyście Ejuke wpakował piłkę do siatki po raz czwarty. Sevilla tańczyła, Adams dostał żółtą kartkę za świętowanie. Nikt w Andaluzji nie miał mu jednak tego za złe.
Barcelona weszła w ten weekend jako lider. Ale w Sewilli to wszystko się rozsypało. Błędy w defensywie, dużo niewykorzystanych sytuacji bramkowych i brak energii w drugiej połowie sprawiły, że Katalończycy wyglądali jak cień samych siebie.
Z 19 punktami na koncie spadli na drugie miejsce, ustępując miejsca Realowi Madryt, który po zwycięstwie z Villarrealem (3:1) ma już 21 punktów i bilans 7 zwycięstw w ośmiu meczach. La Liga rozgrywki – najnowsze informacje na temat Primera División.



