Blandine Lenoir znowu robi to, co potrafi najlepiej – z czułością i humorem zanurza się w ludzkie emocje. Po 50 wiosnach Aurory i Gniewnej Annie, które poruszały poważne tematy z lekkością i empatią, francuska reżyserka wraca na ekrany z nowym filmem, który może być najcieplejszą premierą tego lata.
Wiosna Juliette to nie jest kino z efektem wow, tylko z efektem… „ach”. Film, który nie wali po głowie, tylko otula. Opowiada o tytułowej Juliette (Izïa Higelin), ilustratorce książek dla dzieci, która, trochę z sentymentu, trochę z potrzeby, wraca do rodzinnego miasta. Tam czekają na nią postaci z krwi i kości: ojciec, który skrywa emocje za żartem; matka-artystka z duszą wolną jak pędzel na płótnie; siostra zmagająca się z codziennością i babcia, której umysł zaczyna płatać figle. A wśród nich pojawia się też ktoś nowy – Pollux. Trochę poeta, trochę marzyciel, wnosi do tej rodzinnej układanki nieco magii i lekkości.
To film o powrotach. Nie tylko do domu, ale też do siebie. O więzach, które mogą się plątać, ale wciąż trzymają. O wspomnieniach, które bolą, bawią i leczą. Lenoir z właściwą sobie delikatnością pokazuje, że w każdej rodzinie coś się kryje pod powierzchnią. Czasem łzy, czasem śmiech, a najczęściej jedno i drugie.
W rolach głównych, obok Izïi Higelin, pojawiają się m.in. Sophie Guillemin i Jean-Pierre Darroussin. Każde z nich dodaje tej historii autentyczności i emocjonalnej głębi. Nie ma tu wielkich dramatów ani szalonych zwrotów akcji. Jest za to subtelność, która trafia w punkt. Wiosna Juliette to film, który zostaje z widzem na dłużej. Jak zapach domowego ciasta albo niedokończona rozmowa z kimś, kogo dawno się nie widziało. Film będzie można oglądać w kinach już od 20 czerwca.
Zobacz również nowości filmowe 2025.



