Zaczęło się od intrygującej zapowiedzi: nowoczesna reinterpretacja klasycznej Wojny światów, tym razem z Ice Cube’em w roli głównej, wspieranym przez Evę Longorię. Produkcja Amazon Prime Video, premiera pod koniec lipca 2025. Na papierze wyglądało to jak niezły hit: znane nazwiska, popularna platforma, uznana historia o inwazji z kosmosu. Ale to, co ostatecznie pojawiło się na ekranach, to nie film, a coś w rodzaju cyfrowego wypadku drogowego, od którego trudno oderwać wzrok… ale tylko przez chwilę.
Już pierwsze recenzje nie pozostawiały złudzeń. Zero procent na prestiżowym Rotten Tomatoes to nie pomyłka, to wyrok. Krytycy nie byli tylko rozczarowani. Byli zniesmaczeni. Nie chodziło o grę aktorską (choć i ta nie została oszczędzona), ale o całą koncepcję. Film, który miał być nowoczesny, okazał się przestarzały zanim jeszcze na dobre wystartował. Całość została zrealizowana w formacie „screenlife”. To historia opowiadana wyłącznie przez ekrany komputerów, wideorozmowy, transmisje, alerty. Teoretycznie świeże podejście. W praktyce męczące i sztuczne.
Zamiast napięcia, ekspozycja produktów. Amazon chyba zapomniał, że robi film fabularny, a nie katalog reklamowy. Kiedy obcy lądują na Ziemi, widz bardziej skupia się na tym, jaką markę monitora ma bohater, niż na tym, co go za chwilę zabije.
Ice Cube w roli głównej, ale bez pola do popisu
Ice Cube, znany raczej z ról twardzieli w stylu „barowego filozofa”, w nowej roli był bezradny. Nie dlatego, że nie umie grać, ale dlatego, że nie miał czego grać. Postać przypominała generator tekstów motywacyjnych z LinkedIna, tylko że bardziej monotonna. Eva Longoria została w tym filmie zmarnowana. Jej ekranowy czas przypominał cameo, które ktoś wrzucił w ostatniej chwili, żeby film wyglądał na bardziej „premium”.
A jednak… coś dziwnego się wydarzyło. Wojna światów (War of the Worlds – ang.) wylądowała na 2. miejscu najchętniej oglądanych filmów na Prime Video. Nie dlatego, że ludziom się podoba. Raczej dlatego, że wszyscy chcieli się przekonać, czy naprawdę może być aż tak źle. I rzeczywiście, może. Reddit pęka od komentarzy typu: „Wytrzymałem 20 minut. Jestem dumny”. Inny użytkownik porównał film do „symulacji wideokonferencji na lekcji informatyki w podstawówce”. Na polskim Filmwebie można znaleźć komentarze typu: „Chyba najdroższa reklama Amazon Prime Air jaka mogła powstać”.
Co ciekawe, pojawiły się też głosy… obronne. Nie entuzjastyczne, raczej z kategorii: „tak złe, że aż dobre”. Dla niektórych widzów absurdalność tej produkcji była na swój sposób rozrywkowa, jak oglądanie niskobudżetowego horroru o rekinach-mutantach o 2 w nocy.
Czy to koniec ekranizacji klasyków?
Amazon Prime Video po raz kolejny udowadnia, że wielki budżet i znane nazwiska nie wystarczą, jeśli nie ma pomysłu. Wojna światów (2025) nie jest nawet złą adaptacją, to po prostu zły film. I może właśnie dlatego na długo zapadnie w pamięć. Nie jako spektakularna porażka, ale jako przypomnienie, że w świecie przesyconym treścią, czasem najgłośniej słychać… katastrofę. Nowości filmowe – najnowsze informacje.



