James Cameron Obcy

James Cameron zaskoczył widzów w Los Angeles. Reżyser ujawnił nieznane kulisy powstania „Obcego”

James Cameron, fot. American Cinematheque

Nawet po blisko czterdziestu latach od premiery, Ridley Scott i James Cameron wciąż potrafią wywołać dreszcze w kinowej sali. Gdy w ramach retrospektywy American Cinematheque w Directors Village zapowiedziano pokaz filmu Obcy – decydujące starcie z oryginalnej taśmy 70 mm, publiczność spodziewała się emocji. Nikt jednak nie przewidział, że na scenie pojawi się sam reżyser i to w akompaniamencie anegdot, które bezczelnie burzą mit perfekcyjnego, komputerowego kina epoki VHS.

James Cameron w Los Angeles, świeżo po locie z Nowej Zelandii, opowiedział o mechanice powstawania jednego z najważniejszych sequeli w historii popkultury.

Iluzja formatu i szaleństwo w laboratorium

Zanim na ekranie zgasły światła, Cameron brutalnie zweryfikował oczekiwania purystów formatu. Obcy wcale nie byli kręceni na taśmie 70 mm. Reżyser bez ogródek przypomniał, że materiałem źródłowym był standardowy format 35 mm, utrwalony na najbardziej czułym i jednocześnie ziarnistym materiale, jakim dysponowano w połowie lat 80.

Mimo to, wersja 70 mm była jego świadomym, autorskim kaprysem. Cameron osobiście doglądał korekcji barwnej, podejmując decyzje, które dziś u współczesnych techników wywołałyby zawał serca. „Za każdym razem, gdy miotacz ognia buchał ogniem, wprowadzaliśmy zmiany oświetlenia na sześciu czy ośmiu klatkach z rzędu, żeby obraz wydawał się większy i bardziej czerwony. Laboratorium wariowało” – wspominał ze śmiechem.

Jeszcze dalej poszedł w montażowni. W epoce, gdzie każdy błąd fizycznego cięcia negatywu mógł zniszczyć unikalne ujęcia, reżyser aplikował czysto organiczne, brutalne interwencje. Każde naciśnięcie spustu karabinu przez Hudsona czy Vasquez oznaczało celowe wklejenie pojedynczej, białej (czyli zupełnie przezroczystej) klatki. W samej tylko dwunastej rolce znalazło się około dwustu takich błysków, a montażysta z bladą twarzą ostrzegał, że szansa na przetrwanie bez katastrofalnego uszkodzenia taśmy wynosi zaledwie 50/50.

Kiedy producentka ratuje film przed katastrofą

Wielkie opowieści o kinie rzadko rodzą się w sterylnych warunkach. Najczęściej są efektem starcia artystycznego ego ze zdrowym rozsądkiem. Cameron nie ukrywał, że pierwotna wersja filmu dłużyła się niemiłosiernie, osiągając blisko dwie godziny i czterdzieści minut.

Przełom nadszedł, gdy współproducentka Gale Anne Hurd, nieobecna na pokazie z powodów prawnych, weszła do montażowni z brutalną diagnozą: „Zredukujmy drugą rolkę o dziesięć minut”. Reżyser przyznał, że początkowo uznał to za herezję. Jak bowiem wyrzucić sekwencję, w której widzowie po raz pierwszy poznają Newt, jej rodzinę i zapuszczają się w trzewia obcego statku?

Dopiero kilkudniowa samotność przed płaskim stołem montażowym pozwoliła mu odrzucić emocjonalne przywiązanie do materiału. Zrozumiał wówczas fundament pracy reżysera. Artysta musi kochać swój film i żyć nim, ale od czasu do czasu potrzebuje brutalnego, zewnętrznego obiektywizmu. Dobry szef produkcji nie narzuca wizji, lecz staje się lustrem, w którym twórca może dostrzec własne błędy.

Kino jako żywy organizm

W czasach, gdy streaming uczy nas konsumowania filmów w samotności, na małych ekranach smartfonów, obecność Camerona w Directors Village wybrzmiała jako polityczna manifestacja. Reżyser nie krył zachwytu widząc pełną salę, w której dominowało zaskakująco młode pokolenie.

„Kino jest w naszym DNA, krąży w naszej krwi” – mówił ze sceny, ucinając modne narracje o rzekomej śmierci tradycyjnego obcowania z filmem. Okazało się, że wystarczy odpowiednia jakość projekcji, odrobina szacunku dla tradycji nośnika i autentyczna obecność twórcy, by sala kinowa znów stała się miejscem wspólnego, niemal plemiennego przeżycia.

Cameron, po latach pracy nad cyfrowymi cudami z serii Avatar, na ten wieczór wrócił do epoki taśmy, kleju i czystego kinowego transu.

Źródło wideo: American Cinematheque

Więcej w kategorii nowości filmowe.

Subskrybuj
Powiadom o
guest