Ciekawe24.pl - wiadomości z ostatniej chwili
Fot. Locarno Film Festival
Festiwale filmowe bywają bezpieczną przystanią dla kina bezpiecznego, skalkulowanego pod bezpieczne nagrody. Czasem jednak pojawia się głos, który rozbija tę skorupę. Na 79. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Locarno reżyser Wayne Wapeemukwa nie gryzł się w język.
Wayne Wapeemukwa rozmawiając o swoim najnowszym filmie Manhunt, rzucił wyzwanie nie tylko hollywoodzkim kliszom, ale przede wszystkim naszej wygodnej hipokryzji. Zamiast kolejnego publicystycznego wykładu o złu dostaliśmy bolesne przypomnienie, że kino autentyczne musi boleć.
Badania się skończyły, czas na gniew
Wapeemukwa otwiera karty bez zbędnych wstępów. Praca nad filmem o masowych mordercach i zmilitaryzowanych mizoginistach nie jest intelektualną przygodą. Bywa potwornie przygnębiająca. Najgorsze w tym wszystkim nie jest samo zło, ale jego przerażająca powtarzalność. Kolejni zagubieni chłopcy, kolejne identyczne schematy.
Reżyser szybko zrozumiał, że kręcenie kina dydaktycznego, opartego na suchych tezach, nie ma najmniejszego sensu. W pewnym momencie akademickie badania musza ustąpić miejsca czystej, nienagannej emocji. Ponieważ tylko portretując te dramaty bez taryfy ulgowej, z całym ich brudem i bezsilnością, publiczna widownia i globalna wspólnota mogą w ogóle zacząć przepracowywać ten zbiorowy nowotwór.
Anatomia odcięcia
Gdzie leży źródło tej furii? Wapeemukwa nie szuka tanich sensacji. Rozmawiając ze starszyzną rdzennych mieszkańców (kanadyjskich elders) na etapie wczesnych przygotowań, usłyszał coś, co stało się fundamentem jego wizji, że ci chłopcy cierpią na fundamentalny brak zakorzenienia.
To nie jest jedynie metafora braku relacji z ziemią. To o wiele głębszy, cywilizacyjny rozpad więzi. Brak wspólnoty, brak rodziny, brak miłości. To totalne odcięcie sprawia, że mechanizm przemocy uruchamia się na nowo. Z precyzją szwajcarskiego zegarka, pokolenie po pokoleniu. Wapeemukwa stawia na szali swój film jako próbę zacerowania tej rozpadającej się tkanki. Zamiast potępiać z bezpiecznej wysokości fotela, reżyser próbuje nazwać po imieniu to, od czego na co dzień odwracamy wzrok.
Od Travisa Bickle’a do współczesnych inceli
Wapeemukwa nie udaje, że wynajduje koło na nowo. Otwarcie przyznaje się do linii krwi, z której wyrasta jego kino. Najbardziej oczywistym punktem odniesienia pozostaje nieśmiertelny Taksówkarz Martina Scorsese. Reżyser słusznie zauważa, że Travis Bickle to w gruncie rzeczy prawzór współczesnego incela, a Scorsese już dekady temu połączył problem toksycznej męskości z krwawą historią kolonializmu i mitem amerykańskiej granicy.
Kto tu tak naprawdę trzyma sznurki?
W tym miejscu publicystyczny wykład Wapeemukwy zamienia się w bezwzględny manifest polityczny. Reżyser odrzuca tanie użalanie się nad losem zepsutego świata, wyciągając na wierzch niewygodną prawdę ekonomiczną.
„Mamy już wszystkie odpowiedzi, jakich potrzebujemy. Chodzi wyłącznie o to, komu opłaca się nie redystrybuować zasobów” – mówi twórca.
Wapeemukwa stawia sprawę na ostrzu noża. Ileż to młodych mężczyzn mogłoby żyć zupełnie inaczej, gdyby ich rodzice otrzymywali godne wynagrodzenie? Gdyby bogactwo nie było kurczowo trzymane przez garstkę ludzi na szczycie, lecz sprawiedliwie dzielone z tymi na samym dole? Wapeemukwa nie ma złudzeń, że bez budowy prawdziwie egalitarnego społeczeństwa żaden psychologiczny program naprawczy nie pomoże. Przemoc powróci, bo jest logiczną konsekwencją systemu, który żeruje na wykluczeniu.
Twarz, która nie kłamie
Najciekawsza w podejściu Wapeemukwy jest jednak jego metoda artystyczna. Odrzucenie cynizmu oznaczało rezygnację z profesjonalnych, ułożonych w agencjach castingowych aktorów, którzy potrafią bezbłędnie wyrecytować każdą linijkę tekstu.
Do filmu zaangażowano chłopaków z krwi i kości, takich, którzy „wyglądają jak ta rola, żyją nią i pochodzą z tych samych środowisk”. Granica między fikcją a dokumentem pękła. Biografie i osobiste dramaty nieprofesjonalnych aktorów stały się paliwem napędowym i emocjonalnym betonem całego projektu. Jak sam przyznaje twórca, w tym filmie jest cząstka historii każdego z uczestników, bo inaczej po prostu nie dało się opowiedzieć tej historii bez popadania w fałsz.
Wapeemukwa w Locarno nie zaprezentował jedynie kolejnego ambitnego tytułu festiwalowego. Dał nam lekcję pokory. Pokazał, że kino przestaje być bezpieczną rozrywką w klimatyzowanej sali, gdy twórca ma odwagę przestać pouczać widza, a zaczyna z nim krwawić na tym samym poziomie.





